„Trudno jest myśleć o tym.
O pożegnaniu. Zwłaszcza w takich przypadkach, gdy nie ma pewności, czy tym dzieciom będzie dalej dobrze…”

 

 

źródło: https://pl.123rf.com/

Z Opiekunką zastępczą, która wraz z mężem prowadzi rodzinę zastępczą
o charakterze pogotowia rodzinnego dla ósemki dzieci rozmawia psycholog Justyna Kaczor.

Siedzę przy stole z opiekunką zastępczą. Obok bawi się troje maluchów – dwie dziewczynki
i chłopiec, wszystkie w wieku około dwóch lat. Nieopodal śpi kilkumiesięczna dziewczynka. W domu jest spokojnie – starsze dzieci są w przedszkolach i szkołach. To jedna z niewielu chwil w ciągu dnia, kiedy robi się przestrzeń na rozmowę.

Justyna Kaczor: Jadąc do Pani zastanawiałam się od czego zacząć. Pierwsze pytanie, bardzo oczywiste- ciekawi mnie, dlaczego wybraliście Państwo taką formę rodziny zastępczej?

Opiekunka Zastępcza: Gdy zdecydowaliśmy się na zostanie rodziną zastępczą, zakładaliśmy, że przyjmiemy do naszej rodziny jedno, góra dwoje dzieci… Decyzja zmieniła się w trakcie szkolenia.

(w tle, do dzieci)

No nie ma, zepsuta zabawka. Pewnie Larry zjadł, albo któreś z Was pogryzło…

OZ: Myślę, że ten moment, gdy dziecko zostaje umieszczone w pieczy, to czas, w którym najbardziej potrzebuje wsparcia i pomocy. Wtedy potrzebuje bezpieczeństwa, ciepłego domu, pełnego miłości. Dzieci trafiają do nas często z trudnych środowisk.

JK: Co takiego wydarzyło się podczas szkolenia, że zmieniliście swoją decyzję?

OZ: Dużo rozmawialiśmy z prowadzącymi szkolenie, ale chyba rozmowy z innymi opiekunami zastępczymi nakierowały nas na ten tor myślenia. Mieliśmy praktyki w Rodzinnym Domu Dziecka, była tam spora wesoła gromadka- jedno dziecko biologiczne i chyba ośmioro w pieczy zastępczej. Byłam zdziwiona, że po tym, jak wszyscy razem zjedli obiad, każde dziecko zaniosło swój talerz do zmywarki, że tak w ogóle można. Teraz doskonale to rozumiem- przy takiej ilości dzieci jest ogrom pracy. Warto uczyć dzieci samodzielności i zaradności np. w kwestii pościelenia łóżka czy właśnie odniesienia brudnego talerza. Gdy dzieci trafiają do nas, to jest to dla nich trudne, bo zazwyczaj nie są nauczone dbania o porządek. Wtedy na praktykach bardzo dużo się nauczyliśmy.

JK: W Państwa rodzinie zastępczej jest dużo maluchów.

OZ: Tak (uśmiech). Mąż mówi, że lepiej mu się pracuje i żyje z takimi maluszkami. Wbrew pozorom łatwiej je ogarnąć niż starsze dzieci czy nastolatki. Ze  starszymi dziećmi jest dużo pracy, trzeba mieć dużo cierpliwości, żeby nauczyć je, że poza przyjemnościami są też obowiązki- szkoła, posprzątanie zabawek. Takim szkrabom ciężko nie oddać całego serca, tym bardziej jak są u nas dłuższy czas: widzimy ich pierwsze kroki, słyszymy pierwsze wypowiadane słowa. Oliwka trafiła do nas jak miała 7 miesięcy, teraz ma 2 latka. Mimo tego, że według ustawy dzieci powinny być u nas do 4 miesięcy, ale czasami sprawy o uregulowanie sytuacji prawnej ciągną się latami. Większość dzieci, które do nas trafiła, były u nas ponad rok.

JK: Wiedzieliście Państwo o tym wcześniej, że nie zawsze są to te ustawowe 4 miesiące?

OZ: Wiedzieliśmy, że sprawy mogą się przeciągać o kilka miesięcy, poł roku, rok…
Sprawy się ciągną nawet latami, a większość dzieci to jest już u nas ponad rok.

JK: Mówiła Pani o tym, że łatwiej pracuje się z maluchami.

OZ: Starsze dzieci dłużej żyły w środowiskach, w których nie działo się dobrze. Przywykły do tego, przemoc, alkohol, zaniedbania opiekuńcze, emocjonalne- to była ich codzienność. I trafiają do domu, w którym siada się przy stole i odrabia lekcje, ćwiczy się pisanie i czytanie. I czasami siedzimy tak godzinę, dwie, ćwicząc jedną literkę, bo boli rączka przy pisaniu, bo nikt tego
z dzieckiem nie ćwiczył. Ale potrafią się też docenić to, że są w domu, w którym jest inaczej niż do tej pory, bo cieszą się, że dostają wafelka czy mus owocowy do szkoły. Albo gdy dostaną nowe zabawki bez okazji- widać w oczach tę radość, że to tylko dla nich i na zawsze.

(do dziewczynki)

Tak, śpi lala. Trzeba być ciii. Tak, tam śpi Nikola.

JK: Zanim rozpoczęliście Państwo szkolenie, najpierw musieliście podjąć decyzję
o zostaniu rodziną zastępczą.

OZ: Moja ciocia prowadziła rodzinę zastępczą, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Później jej syn to kontynuował, więc wiedziałam jak to wygląda. Gdy urodziła się nasza pierwsza córka, rozmawialiśmy z mężem, że jak nasze dzieci podrosną, to zostaniemy kiedyś rodziną zastępczą. Kilka lat później okazało się, że jedno z naszych biologicznych dzieci ma wrodzoną wadę układu pokarmowego. Spędziłam z nim dużo czas w szpitalu. I było tam takie maleństwo, które czekało na nowy dom, bo rodzice je zostawili. Nie znam dokładnej historii, nie wiem czy to dziecko na coś chorowało, jaka była sytuacja rodziców biologicznych. Gdy wróciłam do domu, zaczęłam rozmawiać o tym z mężem. Postanowiliśmy, że nie ma na co czekać. Zaczęliśmy od telefonu do PCPR-u z pytaniem, czy jako rodzice czwórki dzieci możemy zostać rodziną zastępczą. Dostałam wtedy dużo informacji, umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. Później dwie panie przyjechały do nas do domu, żeby zobaczyć warunki mieszkaniowe i poznać naszą rodzinę. Dalej jakoś samo się potoczyło.

JK: Nie przeraziła Państwa ta procedura? Obce osoby przyjeżdżają do Państwa domu, trzeba odbyć spotkanie z psychologiem…

OZ: Myślę, że nie. Najbardziej zaskoczyło nas to, jak długo trwa ten proces, że są szkolenia, spotkania, praktyki… Po spełnieniu formalnych warunków poszliśmy na pierwsze szkolenie, które trwało trzy miesiące, później kolejne, które trwało około miesiąca. Dobrze je wspominamy, nawet teraz po dwóch latach od ich ukończenia powtarzamy sobie z mężem „no tak, to było na szkoleniu”

JK: Kiedy przyszedł czas na rozmowę z Państwa biologicznymi dziećmi?

OZ: Jeszcze zanim wykonaliśmy pierwszy telefon do PCPR-u. Zapytaliśmy je, co sądzą
o pomyśle, żeby zamieszkało z nami jedno lub dwoje dzieci. Starsze się zgodziły, młodsze były za małe, żeby świadomie podjąć decyzję. Teraz myślę, że te młodsze najlepiej odnajdują się w tej sytuacji. Natalka lubi pomagać w opiece nad maluchami, chętnie się z nimi bawi czy obejrzy bajkę. Najbardziej kradną nam wszystkim serca niemowlęta. Do tej pory wszyscy wspominamy Filipka, który był pierwszym dzieckiem, jakie odebraliśmy ze szpitala. Filip miał trzy miesiące, gdy do nas trafił, i był u nas krótko- w sądzie toczyło się już postępowanie w sprawie jego starszego rodzeństwa. Cała trójka trafiła do nas, chociaż mieliśmy obawy przed przyjęciem do rodziny zastępczej dzieci, które są starsze od części naszych biologicznych. Starsze dzieci przeszły pod opiekę babci, a Filip trafił do rodziny zastępczej, z którą wciąż mamy kontakt. Nasza rodzina dobrze wspomina całą trójkę, często oglądamy zdjęcia z tamtego okresu. To było pozytywnie zaskakujące doświadczenie. Dobrze mieć pewność, że Filip trafił do rodziny, w której jest kochany i bezpieczny, jest oczkiem w głowie opiekunów zastępczych. Ale nie o wszystkie dzieci jestem tak spokojna… Często myślę o tym, że Oliwka może wrócić pod opiekę rodziców biologicznych. Z jednej strony chciałabym wierzyć w to, że naprawdę się zmienili, że będą potrafili zaopiekować się nią tak jak należy,
z jednej jednak trochę w to wątpię (wzruszenie). Nie wiem dlaczego… Boję się, że za jakiś czas wróci do pieczy zastępczej…

 (do dziewczynek)

To smoczek Nikoli. Damy jej smoka? Tak, pan tam jest, tak. Chodzi pan za oknem.

OZ: Oliwka jest w naszej rodzinie większość swojego życia, Niedawno rodzice biologiczni dostali zgodę sądu na urlopowanie. Wcześniej spotkania odbywały się raz w miesiącu, teraz są częściej. Oliwka wraca do nas i mówi do mnie „Ciocia? Mama?”. Odpowiadam jej „Nie mama, ciocia”.

(do dziewczynki)

Oliwcia nie wdrapuj się na stolik, łobuzie.

OZ: Ostatnio przechodzą mi przez głowę myśli, żeby przekształcić się w Rodzinny Dom Dziecka. Żeby dzieci mogły u nas dłużej zostać, żeby nie martwić się tak bardzo o to, jak potoczą się ich losy. Ale w tym przypadku również sąd decyduje o powrotach dzieci pod opiekę rodziców biologicznych. Może gdyby faktycznie zawsze trwało to 4 miesiące, to tak bardzo byśmy się nie przyzwyczajali…

(do dziewczynki)

Chodź, trzeba wytrzeć nosek. Oh, chcesz się przytulać? To będziemy się przytulać.

Dziewczynka wdrapuje się na kolana opiekunki.

OZ: Trudno jest myśleć o tym. O pożegnaniu. Zwłaszcza w takich przypadkach, gdy nie ma pewności, czy tym dzieciom będzie dalej dobrze, że rodzice naprawdę się starają i chcą zmienić coś w swoim życiu.

(do drugiej dziewczynki)

Oliwka, jak zamkniesz bramkę to tam zostaniesz. O! i jak teraz wyjdziesz?

(do dziewczynki siedzącej na kolanach)

I co? Uratujemy Oliwkę, czy zostawiamy tam tego psotnika? Chodźmy po nią, bo zaraz znowu zrobi nam porządki w szafie.

JK: A jak Państwa biologiczne dzieci radzą sobie z pożegnaniami? Przygotowujecie je na to?

OZ: Dla nich to też jest ciężkie, przywiązują się do maluchów tak samo jak my… Chyba najtrudniejsza dla nas wszystkich jest wizja rozstania z Oliwką. I z jednej strony chciałabym, żeby ten moment przyszedł jak najszybciej, a z drugiej chciałabym, żeby została tu dłużej.

JK: Jak to jest mieć na co dzień tyle maluchów pod opieką?

OZ: Mamy stały plan dnia, dzieci budzą się, jedzą, chodzą na drzemki i śpią w podobnych godzinach, tak jest o wiele łatwiej. Od miesiąca jest z nami mały Olek, jest w podobnym wieku jak Oliwka i Martynka, powoli przestawia się na rytm dnia dziewczynek. Myślałam, że trudniej będzie zorganizować się przy tej trójce i małej Nikoli, ale wystarczy być systematycznym i pilnować, żeby te ważne momenty w ciągu dnia były o stałych porach. Chociaż na pewno jest mi łatwiej, gdy mąż jest w domu, lub gdy przychodzi moja mama. Nasze biologiczne dzieci są czasami trochę zazdrosne o babcię, mama lubi rozpieszczać wszystkie dzieci. Najgorzej jest, gdy wypadają nam wizyty u lekarzy, albo, co gorsze, dwie lub więcej w ciągu dnia. Wtedy musimy mieć wszystko dokładnie wypisane w kalendarzu i zaplanowane. Czasami wracam do domu z jednym dzieckiem, a mąż od razu wyjeżdża z innym. Nieraz zdarza się, że pół dnia spędzam w samochodzie. Ale przynajmniej się nie nudzimy (uśmiech). I wiemy, że te małe iskierki są zdrowe i dobrze się czują.

JK: Wspomniała Pani, że dzieci bywają zazdrosne o babcię. A o rodziców?

OZ: Pewnie jeszcze bardziej, ale nie okazują tego. Już wcześniej musiały się nami między sobą dzielić. Najtrudniej jest chyba Amelce, naszej najmłodszej córce. Staramy się spędzać czas tylko
z nimi, dużo o tym rozmawiamy, tłumaczymy. Niedawno mieliśmy trudną sytuację: zamieszkały u nas dwie dziewczynki w wieku naszych córek, i chociaż pierwsze dni były spokojne, to po pewnym czasie pojawiły się problemy. Do tej pory zastanawiam się, czy to był dobry pomysł, żeby przyjąć dzieci w tym samym wieku… Pierwszy raz miałam chwilę zwątpienia, czy to, co robię, nie krzywdzi moich dzieci.

JK: Jak teraz wyglądają ich relacje?

OZ: Jest znacznie spokojniej, uczą się ze sobą żyć, stawiać granice. Są dni, w których zgodnie się bawią, a są też takie, która zaczynają się i kończą jakimś konfliktem.

(do dziewczynki)

Ty też chcesz się przytulać?

Obie dziewczynki siedzą na kolanach opiekunki, wtluając się.

JK: Czyli łatwiej jest dzielić się rodzicami z młodszymi dziećmi…

OZ: Zdecydowanie. W relacjach z maluchami nie mają żadnych problemów. Wieczorami mam za to czas, który poświęcam w 100% najstarszej córce. To już nastolatka. Gdy młodsze dzieci śpią, to mamy taki czas tylko dla siebie, żeby na spokojnie porozmawiać o tym, co dzieje się w jej życiu.

JK: A jak to jest z czasem tylko z mężem?

OZ: Śmiejemy się, że na randki chodzimy do sklepu spożywczego. Albo jak mamy posiedzenie zespołu (Zespół do spraw okresowej oceny sytuacji dziecka- przyp.) lub spotkanie grupy wsparcia. Wtedy jedziemy do Olsztyna tylko we dwoje, a później staramy się znaleźć jeszcze chwilę, żeby wyskoczyć gdzieś na kawę czy krótki spacer. Takie mamy randki (śmiech).

Do opiekunki zastępczej podchodzi bawiący się nieopodal chłopiec.

(do chłopca)

Oluś też chce na kolana? To chyba ciocia musi usiąść na podłodze, bo się nie zmieścicie wszyscy.

Opiekunka zastępcza siada na podłodze z dziećmi. Dołączam do nich.

JK: Widzę tu ogrom miłości…

OZ: Chyba nie było jeszcze takiego malucha, który nie skradłby mi serca…

JK: Poza organizacją czasu, co jeszcze należy do obowiązków zawodowej rodziny zastępczej?

OZ: Chyba najwięcej czasu i uwagi pochłaniają wizyty lekarskie. Często, gdy dzieci do nas trafiają, nic o nich nie wiemy, nie mamy ich danych medycznych, więc na pierwszej wizycie u pediatry dostajemy skierowania do rożnych poradni specjalistycznych. W przypadku niemowląt nierzadko dostajemy informacje, że mama biologiczna piła alkohol w trakcie ciąży, wtedy zaczyna się seria wizyt lekarskich, żeby zbadać, czy dziecko rozwija się prawidłowo. Starsze dzieci często wymagają wsparcia psychologicznego, edukacyjnego, a do tego wszystkiego trzeba skoordynować to wszystko z urlopowaniami, telefonami i spotkaniami z rodzicami biologicznymi.

JK: Co, z tych wszystkich obowiązków, jest najtrudniejsze?

OZ: Zdecydowanie te ostatnie… Nie wszyscy rodzice rozumieją, że mamy pod opieką więcej dzieci, niż ich. Że ważniejsza jest wizyta lekarska od spotkania czy telefonu. Część z nich nie dostrzega przyczyny umieszczenia ich dzieci w pieczy, nie widzą w sobie winy, nie pracują nad zmianą. To jest najtrudniejsze, konfrontacja z tym.

JK: Jak sobie Pani z tym radzi?

OZ: Przestałam chodzić na spotkania z rodzicami, ten obowiązek przejął mój mąż. Za dużo mnie to kosztowało, on jest bardziej stanowczy i lepiej sobie daje radę. Chociaż widzę, że już mniej przejmuje się wieloma sprawami.

JK: Poza podziałem obowiązków coś jeszcze pomaga w przebiegu spotkań?

OZ: Tak, mamy zasadę, że spotkania nie odbywają się w naszym domu. Przede wszystkim, żeby chronić nasze biologiczne dzieci i pozostałe, które mamy pod opieką. Różnie te spotkania wyglądają, zwłaszcza na początku współpracy z rodzicami… Zdarzają się awantury, obwinianie nas o odebranie dzieci… Gdy jest ładna pogoda, spotkania odbywają się na zewnątrz- w parku, na placu zabaw. Jesienią i zimą organizowaliśmy spotkania na terenie Domu dla Dzieci, a teraz- dzięki pomocy pani sołtys- urządzamy je w świetlicy wiejskiej. Nie zgadzamy się też na rozmowy wideo, chroniąc wizerunek innych dzieci.

JK: Jak bardzo rzeczywistość różni się od wyobrażeń o byciu rodziną zastępczą i pogotowiem rodzinnym?

OZ: Po pierwsze: myślałam, że dzieci będą u nas krócej. Po drugie: że nie będziemy się tak przywiązywać, że nie będzie w tym tak dużo naszych emocji. Nie myślałam też, że pojawi się we mnie tyle emocji związanych z rodzicami biologicznymi, że będzie tyle napięcia związanego z dalszymi losami dzieci- czy wrócą pod opiekę rodziców? Czy trafią do rodziny zastępczej na dłuższy czas? Czy będą miały szansę na adopcję? (cisza) Dużo emocji jest też na rozprawach sądowych, pamiętam pierwszą, na którą byliśmy wezwani. Nie mogłam spać, bardzo się stresowałam…Trudne jest zeznawanie w obecności rodziców biologicznych, nie zawsze możemy powiedzieć o nich dobre rzeczy, pojawia się dużo emocji… A później trzeba z tymi rodzicami współpracować, dogadywać się, spotykać… W tych sprawach też mąż stara się mnie odciążyć i, jeśli mamy taką możliwość, to on chodzi do sądu.

JK: Wspominała Pani, że Pani mama pomaga w opiece nad dziećmi. Są jeszcze inne osoby, które pomagają? Jak otoczenie reaguje na rodzinę z dwunastką dzieci?

OZ: Część znajomych się od nas odwróciła, gdy zostaliśmy rodziną zastępczą, nie utrzymujemy z nimi kontaktu. Wiem, że nie jest łatwo zaprosić rodzinę z tyloma dziećmi na święta czy urodziny… Ale jest też grono osób- znajomych i rodziny- którzy proponują np. wyjazd na weekend dla naszych dzieci. Są też znajomi, którzy wpadają w ciągu tygodnia, żeby pomóc posprzątać, ugotować, zabrać dzieciaki na spacer.  Czasem słyszę „jak Wy dajecie radę? Ja nie mogę sobie poradzić z dwójką, a Wy macie dwunastkę i ogarniacie?”

JK: Utraciliście Państwo kilka relacji, a czy zyskaliście nowe?

OZ: Mąż dostaje dużo ubranek od znajomych w pracy, jedna pani zaproponowała, że może czasami przyjechać i nam pomóc. Poznaliśmy też inne rodziny zastępcze- wspieramy się, wymieniamy doświadczeniami… To ważne, zwłaszcza w trudniejszych momentach, gdy przychodzą myśli, że nie dam rady i po co mi to było… Korzystam z doświadczenia wieloletnich rodzin i jednego pogotowia
z okolicy, z inną opiekunką zastępczą wymieniamy się ubrankami i bucikami. Jesteśmy też w stałym kontakcie z naszą panią koordynator, gdy czegoś nie wiemy- jest kogo poprosić o pomoc. Jesteśmy rodziną zastępczą dopiero od dwóch lat, wciąż się uczymy i to żaden wstyd przyznać, że czegoś się nie wie. Korzystamy też ze wsparcia psychologów.

JK: Jest coś, czego na szkoleniu zabrakło?

OZ: Przygotowania do sporządzania pism i oświadczeń. My, jako rodzina zastępcza, nie jesteśmy opiekunami prawnymi dziecka, wciąż pozostają nimi rodzice, bo u nas przebywają do momentu uregulowania władzy rodzicielskiej. Czasami więc jest problem choćby z podpisaniem zgody na uczestniczenie w lekcjach religii w szkole, nie mówiąc już o wiele poważniejszych decyzjach jak np. zgoda na leczenie.

JK: Na koniec: ciekawi mnie, co powiedziałaby Pani sobie samej, przed podjęciem decyzji?

OZ: Żeby nie przejmować się tak słowami rodziców biologicznych, nie podchodzić do tego tak emocjonalnie i od początku stawiać zdrowe granice.  Jeszcze mogłabym sobie powiedzieć, żeby się tak nie przywiązywać… Mieć z tyłu głowy to, że dzieci są tu tylko na chwilę, i zaraz ruszą dalej w świat… Ale tego chyba nie da się zrobić, tak to już jest być wrażliwą osobą… Chociaż- pewnie gdyby nie ta wrażliwość, to w ogóle nie pomyślałabym o tym, żeby zostać rodziną zastępczą.