“Miron – wczoraj, dziś i jutro”
rozmowa z Mirosławem Wierzchowskim
Zacznijmy od początku. Jakim byłeś dzieckiem – niesfornym, czy spokojnym?
Z tego co wiem, to mówili, że byłem żywym srebrem, bo wszędzie było mnie pełno, wszędzie wchodziłem, czegoś szukałem, ale niestety do czasu. Gdy miałem dwa lata uległem poważnemu wypadkowi. Był to pożar domu, który tak naprawdę obrócił moje życie o 180 stopni. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmienił moje życie. Nie powiem, że na gorsze, bo gdybym mógł coś zmienić, to nie wiem, czy bym to zrobił. Przeżyłem życie tak, jak chciałem i jestem z niego zadowolony, dumny i myślę, że gdyby nie ten wypadek, czy przeciwności losu, to może byłbym zupełnie innym człowiekiem, może nie doszedłbym do tego do czego doszedłem, nie przeżyłbym życia w ten sposób, nie zobaczyłbym tylu pięknych miejsc, nie podróżowałbym, nie poznawałbym tylu wspaniałych ludzi. Po prostu tak się życie potoczyło i je przyjmuję. Uważam, że życie trzeba kreować samemu, wziąć tego przysłowiowego byka za rogi, niż czekać biernie i patrzeć, co przyniesie los.
Po wypadku równy rok leżałem w szpitalu. Przeszedłem 10 operacji ratujących życie, łącznie z amputacją palców, ponieważ szła martwica na ręce i pierwszy pomysł był taki żeby amputować mi ręce do łokcia. Na szczęście jakich lekarz podjął decyzję, że najpierw amputują mi palce, bo martwica pojawiła się na opuszkach palców i będą obserwować, czy jest konieczna dalsza amputacja. Na szczęście okazało się, że nie było takiej potrzeby.
Te operacje były wykonane w Szpitalu dla Dzieci w Olsztynie.
Po wyjściu ze szpitala musiałem nauczyć się życia na nowo. Ręce nie były chwytne, musiałem cały czas ćwiczyć. Mama kupiła mi klocki lego żebym bawiąc się trenował chwyt i manualnie się rozwijał. W tamtych czasach zakup klocków nie był taki prosty, bo były bardzo drogie, a do tego dostępne tylko w sklepie Pewex.
Jak wyglądała kwestia kolegów, koleżanek, po twoim powrocie ze szpitala? Jak na ciebie reagowali?
Nie pamiętam dokładnie mojego powrotu do domu, bo byłem małym dzieckiem, gdy wydarzył się wypadek, a potem spędziłem rok w szpitalu, gdzie tak naprawdę można powiedzieć, że mój umysł został wyczyszczony, bo tylko leżałem i patrzyłem się w sufit.
Moi rodzice codziennie mnie odwiedzali. Lekarze uprzedzali ich, że przy rozległym poparzeniu ciała organizm doznaje tak wielkiego szoku, że mózg dostając olbrzymią dawkę informacji o bólu może zbuntować się i zablokować pozostałe funkcje życiowe. Zdarza się, że ludzie umierają przy poparzeniu 30-40% powierzchni ciała. Śmierć nie następuje w wyniku odczuwania potwornego bólu, a przez informację z mózgu o wyłączeniu funkcji życiowych. Na szczęście przeżyłem i wróciłem do domu.
Nie ukrywam, że jak gdzieś wychodziłem to ludzie bez przerwy oglądali się za mną. Byłem inny. Reakcje były najróżniejsze od pokazywania palcami, przez śmiech, płacz, po nawet ucieczkę. Domyślam się, że te reakcje były spontaniczne. Ja ich nie oceniam, bo sam nie wiem, jak bym zareagował gdybym pierwszy raz siebie zobaczył. Reakcja ludzi zależy też od tego, jak ktoś został wychowany, jakie miał sam doświadczenia. Staram się nie oceniać ludzi, a na pewno nie za pierwszym razem, bo niby pierwsze wrażenie jest ważne, ale daje się też drugą szansę.
Nie pamiętam pierwszych reakcji rodziny, sąsiadów na mój widok, ale doskonale pamiętam przeżycia, gdy poszedłem do szkoły. Do szkoły poszedłem później, ale mój brat już chodził do szkoły, więc już potrafiłem czytać, w miarę pisać itp. Początki mojej szkoły były traumatycznym przeżyciem, ponieważ dzieci są dosyć szczere, bezpośrednie i mówią to, co myślą bez analizy, czy kogoś to skrzywdzi, czy wypada to powiedzieć, czy nie wypada. Pamiętam, że za pierwszym, czy drugim razem, gdy wszedłem na korytarz szkolny, to wszystkie dzieci rozstąpiły się cofając się do ścian i generalnie stworzyła się atmosfera strachu, dziewczynki płakały. Nie wiedziałem o co chodzi. Później okazało się, że jakiś chłopiec powiedział dzieciom: jak ten poparzony dotknie cię, to umrzesz. Dzieci nie wiedząc, czy to prawda były po prostu przestraszone i dlatego tak zareagowały. Po tej sytuacji przez dłuższy czas nie chciałem chodzić do szkoły. Byłem zdruzgotany, bo jako dziecko nie potrafiłem sobie tej sytuacji wytłumaczyć. To był dla mnie najtrudniejszy etap w życiu.
Myślę, że zrozumienie powodu odtrącenia, odrzucenia jest dla każdego trudne, a szczególnie dla małego dziecka. Jak sobie z tym poradziłeś?
Myślę, że w takich sytuacjach najważniejsze jest wsparcie rodziny, najbliższych, ale też osoby z zewnątrz, która zupełnie inaczej spojrzy na całą sytuację. Miałem olbrzymie szczęście, że spotkałem na swojej drodze wspaniałych ludzi, którzy mnie wsparli, potrafili razem ze mną żartować z mojej niepełnosprawności, co stało się moją naturalną zbroją do walki z tą innością, brakiem akceptacji. Umiejętność żartowania z własnej tzw. inności pokazuje, że mamy do siebie dystans, a to sprawia, że ludzie przestają się nas bać, krępować. Miałem mnóstwo takich zabawnych sytuacji, np. pamiętam jak za czasów studiów siedziałem ze swoimi znajomymi w klubie i obok nas siedziała równie spora grupka znajomych. Rozmowy, śmiechy raptem tak ot po prostu ustały i jakaś dziewczyna z grupki siedzącej obok odwróciła się do mnie i z papierosem w ręku zapytała, czy mam ogień.
Gdy odkręciłem się do niej, ona trochę zmieszała się, a ja jej odpowiedziałem z uśmiechem, że w tej chwili nie mam ognia, ale kiedyś miałem dużo. W tej właśnie chwili rozległ się gromki śmiech całego towarzystwa. Jednak należy pamiętać, że trzeba chcieć przezwyciężyć trudne chwile, trzeba mieć ten hart ducha, nie poddawać się i iść do przodu.
Jak byłem już troszkę starszy, to przeszedłem zabiegi operacyjne, które miały mi ułatwić życie. Okazało się, że śpię z otwartymi oczyma, o czym sam nie wiedziałem. Wydało się to, gdy podczas nieobecności rodziców pilnowała mnie sąsiadka. W nocy weszła do pokoju sprawdzić, czy śpię i zobaczyła, jak leżę bez ruchu z otwartymi oczyma. Przeraziła się, bo myślała, że nie żyję, ale podeszła bliżej i zobaczyła, że oddycham. Dlatego jednym z moich pierwszych zabiegów była rekonstrukcja powiek ze skóry pobranej z obojczyków. Później była operacja brody, następnie rąk mające na celu pogłębienie uchwytu, wyodrębnienie i skonstruowanie czegoś na kształt kciuka.
Tych zabiegów było około 10, ale wszystkie były po to, by ułatwić mi życie. Wszystkie były wykonane w Warszawie i na tamte czasy były to nowatorskie zabiegi, bo pierwszy był w 1978 r., natomiast ostatni, gdy byłem już w liceum. Na stole operacyjnym spędziłem sporo czasu, widziałem też sporo osób, które cierpią z powodu zabiegów różnych zniekształceń, defektów i to też daje do myślenia. Jeżeli ktoś odczuwa jakieś trudności, to też ma ciężkie życie, ale zapraszam kiedyś do takiego szpitala albo innego, żeby tam chwilę pobyć i zobaczyć, jak ludzie cierpią leżąc tam miesiącami, a nawet latami i po wyjściu potrafią cieszyć się pełnią życia. Jak ja wychodziłem ze szpitala, to cieszyło mnie dosłownie wszystko od śpiewu ptaków, powiewu wiatru, szczekania psa, po szum wody. W takich chwilach człowiek patrzy na świat, jakby na nowo się narodził.
Co było dalej po ukończeniu szkoły podstawowej?
Po skończeniu szkoły podstawowej wiedziałem, że nie pójdę do pracy fizycznej, więc muszę dalej uczyć się. W zasadzie uczyłem się bardzo dobrze, bo miałem świadectwa z czerwonym paskiem, jeździłem na różne olimpiady polonistyczne, biologiczne, matematyczne.
Przez moją niepełnosprawność chciałem zawsze robić wszystko lepiej, coś komuś udowodnić, a przede wszystkim sobie. Nawet sporty, które uprawiałem okazywało się, że często jestem lepszy od swoich rówieśników. Poszedłem do Liceum Ogólnokształcącego numer 4 w Olsztynie. Bardzo dobrze mi tam było. Po maturze, poszedłem najpierw na Zootechnikę w Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, później zrobiłem Zarządzanie i marketing na obszarach wiejskich na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Poza tym zrobiłem kilka studiów podyplomowych, kursów. Całe życie chciałem się też uczyć i dokształcać, bo mówiłem sobie, że jak nie teraz, to kiedy?
Jak wspominasz rozwój swojej ścieżki zawodowej?
Jeśli chodzi o moją ścieżkę zawodową, to też była dosyć ciekawa. Jak słyszę, że ktoś szuka pracy i wybiera, wymyśla i tak dalej, to tak się uśmiecham, bo przypomina mi się moja pierwsza praca. Zaraz po studiach wymyśliłem, że muszę iść jak najszybciej do pracy, do ludzi, by coś zacząć robić, póki mam tą energię i mi się chce, żeby nie osiąść na laurach.
Pierwsza moja praca była w Bielicach, więc kawał drogi, To była firma, która produkowała wodę mineralną i soki. Był to zakład pracy chronionej, co prawda, ale pojechałem na rozmowę i od razu mnie przyjęto. Natomiast, co ciekawe, ja do tej pracy, żeby dojechać to musiałem ze swojej miejscowości jechać autobusem na dworzec około 30 minut, później wsiadałem w pociąg jechałem pociągiem jakiś czas, potem przesiadałem się w drugi pociąg, jeszcze jechałem i szedłem pieszo jeszcze około 1,5 km. Od drzwi domu dotarcie do drzwi pracy zajmowało mi równe 2,5 godziny. Jeździłem tak aż 11 miesięcy. Jak ktoś spóźnia się do pracy usprawiedliwiając się, że ma daleko, to mnie irytuje. Staram się być zawsze punktualnie, bo uważam, że to jest szanowanie drugiej osoby.
Pracowałem m.in. w biurze przygotowania produkcji, pełniłem funkcję kierownika, byłem specjalistą do spraw kontraktów. Nawet startowałem w wyborach na Wójta mojej gminy, co było troszeczkę przełomowym okresem w moim życiu, ponieważ musiałem wyjść do ludzi, którzy byli moimi potencjalnymi wyborcami. Na pierwszym spotkaniu wyborczym, które na szczęście było w mojej miejscowości, to powiem szczerze, że zatkało mnie, nie wiedziałem, co wydusić. Na szczęście kolejne wystąpienia publiczne były coraz bardziej swobodne. Oczywiście wśród słuchaczy były osoby, którym mój wygląd przeszkadzał, ale prawda jest taka, że tutaj nie wygląd liczył się, a skuteczność działania, pracowitość, umiejętność kierowania zarządzania ludźmi, podejmowanie decyzji. Ciężko było zmienić stereotyp myślenia ludzi. Dla mnie to też było spore wyzwanie, bo musiałem wyjść z tej swojej sfery komfortu i mierzyć się z różnymi sytuacjami.
Kandydat, który wygrał wybory znał mnie i wiedział, co sobą reprezentuję, więc zostałem jego asystentem, a potem Zastępcą Wójta. Następnie byłem Zastępcą Wojewódzkiego Komendanta ds. organizacyjno-administracyjnych w Warmińsko-Mazurskiej Wojewódzkiej Komendzie Ochotniczych Hufców Pracy.
Masz bardzo bogate doświadczenie zawodowe, ale wiem, że równie ważną częścią Twojego życia jest działalność charytatywna i wolontariat. Powiesz coś więcej?
To prawda, działam aktywnie w wielu formach wsparcia m.in. Fundacja „Człowiek Dobro”, Fundacja „Wolne Miejsce”, Fundacja „Drużyna wielkich serc”, Fundacja „Nasze Szczęsne”, „Szlachetna Paczka”, „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy”. Jak komuś pomagam i widzę ten uśmiech, to ja też lepiej czuję się, więc ja tak naprawdę niby jemu pomagam, ale też sobie. To jest dziwne, ale prawdziwe, przynajmniej w moim przypadku. Ludzie pomagają z różnych przyczyn. Jest slogan wyświechtany, że dobro wraca, ale ja wierzę, że tak jest. Mój przyjaciel mówi: uśmiechaj się do życia, a życie się do ciebie uśmiechnie. Łatwiej jest patrzeć przez te troszeczkę różowe okulary na świat. Pomoc innemu człowiekowi przynosi satysfakcję, radość i przy okazji poznaje się wspaniałych ludzi, bo jednak obcujesz z ludźmi, którzy wyznają bardzo podobne wartości jak ty i jest to dodatkowo motywujące. To są przyjaźnie na wiele lat. Często są to znajomości, których normalnie byś kiedyś nie poznała, bo to są ludzie z szerokiego spektrum. Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest dyrektorem czy sprzątaczką, bo każdy ma swoje miejsce w życiu i każdy może być fantastyczną osobą. Ja zresztą nigdy tak ludzi nie szufladkowałem, tak samo mówiłem ‘dzień dobry’ pani, która sprząta, jak i dyrektorowi, bo tak zostałem wychowany i też uważam, że w naszej kulturze, jeśli chodzi o młodzież, brakuje tego wychowania.
„Szlachetna Paczka” i „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy” są wszystkim znane, ale możesz przybliżyć ideę Fundacji „Wolne Miejsce”?
Fundacja „Wolne Miejsce” powstała ponad 20 lat temu, kiedy Mikołaj Rykowski zaprosił samotnego sąsiada na Wigilię. Z biegiem lat, inicjatywa ta przekształciła się w ogólnopolskie wydarzenia. Fundacja „Wolne Miejsce” działa tak naprawdę nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Główną działalnością fundacji jest organizacja świąt dla samotnych osób, ale również oferuje codzienne, bezpłatne dyżury wsparcia psychologicznego, terapeutycznego i prawnego. Fundacja mieści się w Katowicach. Jest tam Społeczne Ministerstwo ds. Samotności. Tych działań jest naprawdę wiele, a święta są organizowane w 40 miastach w Polsce. Fundacja jest też wszędzie tam, gdzie musi być. Jak było trzęsienie ziemi w Turcji, to Fundacja tam pojechała. Jak rozpoczął się konflikt na Ukrainie, to Fundacja wzięła wszystko, co miała, pojechała z myślą, że tak na tydzień lub miesiąc na granicę, a okazało się, że byliśmy tam przez 7 miesięcy z takimi olbrzymimi garami trzystulitrowymi i gotowaliśmy posiłki 24 godziny na dobę, dzięki czemu ciepły posiłek to czasami dla osób które przekraczały granicę był pierwszym ciepłym posiłkiem od tygodni. Wtedy zostało wydane ponad milion posiłków. Byliśmy też z Fundacją w Głuchołazach, tuż po powodzi, gdzie pomagaliśmy gotując posiłki nie tylko dla tych osób, którym woda zalała całe dobytki, ale również dla służb mundurowych.
Jak powstała Fundacja „Człowiek Dobro”?
Fundację założyłem wraz z moim przyjacielem Piotrem Duliszewskim . Fundacja w swych działaniach wspiera również Fundację „Wolne miejsce”, ale też sami robimy eventy, jak chociażby na 700 osób Olsztyńską Noc Duchów, przybliżającą kulturę dawnych Słowian, w Lubajnach pod Ostródą organizujemy także w klimacie słowiańskim duży Slavia Festival, oraz będziemy organizować bieg charytatywny, z którego cały zysk przeznaczymy na doposażenie jednej z wiejskich szkół. Staramy się pozyskiwać środki zewnętrzne i budować markę. W zakresie działań Fundacji realizujemy m.in. poradnictwo prawno – psychologicznego i szkolenia w zakresie przeciwdziałania mobbingowi, dyskryminacji, działalność na rzecz aktywizacji zawodowej kobiet i mężczyzn, działalność na rzecz dzieci i młodzieży, działalność na rzecz osób niepełnosprawnych i zagrożonych wykluczeniem społecznym, przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu, marginalizacji i dyskryminacji, pomoc społeczną, w tym pomoc rodzinom i osobom w trudnej sytuacji życiowej oraz wyrównywanie szans tych rodzin i osób, działalność charytatywną. Tworzymy działania społeczne, budujemy wspólnotę, pomagamy mądrze i z sercem.
Czym w takim razie zajmuje się Fundacja „Drużyna wielkich serc”?
Jest to też niesamowita inicjatywa, która powstała z potrzeby serca. Wydarzyło to się parę ładnych lat temu, kiedy podczas meczu zawodnik w pierwszym swoim meczu seniorskim zderzył się z własnym bramkarzem i połamał kręgosłup. Sytuacja była bardzo poważna, bo do szpitala zabrał go helikopter, a lekarze nastawiali nas, że będzie on osobą leżącą i wymagającą całkowitej opieki. Wtedy rodzina, znajomi skrzyknęli się, żeby zorganizować mecz charytatywny, a zebrane pieniądze przeznaczyć na rehabilitację. Pierwszy mecz miał miejsce tutaj na w Olsztynie na Stadionie Stomil. Cudowna inicjatywa. Był to taki festyn z licytacjami, zbieraliśmy pieniądze. Występowały różne opcje polityczne, parlamentarzyści, byli działacze, radni ponad podziałami, grali ze sobą, a nie przeciwko sobie. Po tej imprezie jakiś wójt, czy burmistrz zaprosił drużynę do siebie, by zrobić taki piknik i tak od zaproszenia do zaproszenia stało się tak, że były lata, że graliśmy po 10 – 15 meczy w roku, w różnych miejscach, gdzie zbieraliśmy pieniądze. Przez te lata zebraliśmy naprawdę dużo pieniędzy.
To też jest bardzo fajne, bo przy okazji spotykamy się, odpoczywamy. To jest w formie pikniku, festynu, więc jeżdżą całe rodziny. Rozgrywamy też normalnie mecze Pucharu Polski, więc już takie trochę pół zawodowo. Gramy i pomagamy, bo takie jest motto, czynienie dobra z uśmiechem i z korzyścią też dla nas, no bo wiadomo, że ruch to zdrowie.
Dużo uśmiechów, spotkań, więc robimy coś dla siebie i dla kogoś.
Czy łatwo jest zostać wolontariuszem? Co trzeba zrobić?
Jeśli chodzi o fundację, to najłatwiej jest wstąpić do Fundacji „Wolne Miejsce”, bo wystarczy wejść na stronę Facebook, napisać w komentarzach do nas i my się odezwiemy. Ja z kolegą jesteśmy głównymi koordynatorami na Olsztyn i głównymi koordynatorami, jeśli chodzi o nasze województwo. My potrzebujemy ludzi, bo każdy jest potrzebny. Każda chęć pomocy, to już jest ten pierwiastek dobra. Dobro, to jest coś, co mnoży się podczas dzielenia. Form pomocy jest bardzo dużo, bo czasami ktoś może zaangażować się fizycznie pomagając w kuchni, pomagając przy logistyce, inna osoba chce wpłacić jakiś datek, ktoś inny udostępni transport, ktoś przy przygotowywaniu posiłków. Nieważne, wszystko się przyda, każdy się przyda, nikomu nie odmawiamy uczestnictwa w wydarzeniu, bo to jest coś, co ludzi napędza. To jest też przygoda, która daje satysfakcję znajomości. My często później wspieramy się. Fundacja „Wolne Miejsce” jest coraz większa zwiększając swój zasięg. Patronatem honorowym objęła nas Pani Jolanta Kwaśniewska. Współpracujemy z wieloma innymi fundacjami, więc te działania są coraz szersze, coraz więcej jest otwieranych różnych punktów, sklepów socjalnych, gdzie osoby mniej zamożne, starsze, samotne mogą kupić coś za połowę ceny.
Wiemy już, jak było wczoraj, wiemy jak jest dziś, a jak będzie jutro? Jakie masz plany?
Moim bakcylem zawsze były podróże. Byłem naprawdę w wielu krajach, w wielu miejscowościach. Jeździłem, żeby poznawać, bo podróże kształcą. Jeżeli ktoś nigdzie nie był, a tylko marzy o tych podróżach, to zachęcam żeby pojechać. Zobaczyć, jak ludzie żyją, złapać ten dystans. Przekonać się, że może być też inaczej, że są inne kultury. Chcę zwiedzać, bo wiem, że jest jeszcze masę miejsc do zobaczenia i zwiedzenia. Zawsze też wychodzę z założenia, że jeżeli miałbym pojechać do tego samego miejsca, to wolałbym obok, gdzieś indziej, żeby coś nowego zobaczyć, chociaż są takie miejsca, do których bym wrócił jeszcze raz, chociażby do Barcelony. Trzeba iść do przodu, natomiast podróże, to jest coś fantastycznego, co zostaje w pamięci. Sport, ludzie i podróże to jest coś, co mnie napędza, co daje mi siłę. No i wolontariat, który daje masę satysfakcji. To wszystko sprawia, że człowiek wstaje i wie, że musi postawić sobie priorytety i torować do nich drogę już od samego rana. Trzeba działać, żeby nie było tak, że na coś ciągle czekamy. Mało kiedy jest tak, że coś do ciebie samo przyjdzie. Jeżeli nie zrobisz tego kroku, jeżeli nie szukasz, to jest bardzo ciężko coś osiągnąć. Natomiast jeżeli dajesz temu wszechświatowi, losowi możliwość, żeby cię złapał, żeby do ciebie wyciągnął rękę, to jest dużo łatwiej. Dajmy światu możliwość, żeby do nas wyciągał rękę i żeby się do nas uśmiechał. Róbmy wszystko, co w naszej mocy, żeby iść ciągle ten krok dalej, wyjść z domu, uśmiechnąć się do kogoś, komuś pomachać, być życzliwym i uczynnym. Czy mam jakieś plany? Tak, zawsze są plany. Jest dużo pomysłów, które nie zawsze się da zrealizować, ale jak się ich nie ma, to nawet nie wiadomo, w którym kierunku iść.
Czyli stojąc w miejscu, tak naprawdę cofamy się?
Dokładnie. Czasem to jest tak, że jakiś pomysł przychodzi spontanicznie. Ja wychodzę też z założenia, że nawet, jak coś się w życiu dzieje złego, to jest o po coś, ale też trzeba z tego wyciągnąć jakiś wniosek, myśl, mądrość. Zawsze też może być gorzej. Trzymam się tzw. zasady szklanki do połowy pełnej. Jak coś się zamyka, to też się coś otwiera. Czasami kogoś brakuje w naszym życiu, to robi miejsce dla kogoś innego, czasami coś się coś tracimy, a za chwilę coś zyskujemy, więc nie możemy poddawać się. To właśnie w życiu też jest niesamowite, że te okazje, sytuacje, które możemy wykorzystać, przychodzą czasami nagle, niespodziewanie, więc takich konkretnych planów nie mam. Oczywiście na pewno będziemy rozwijać naszą Fundację „Człowiek Dobro”, bo mamy parę pomysłów, piszemy projekty.
Zawsze jestem optymistą patrząc w przyszłość. Widzę ją w jasnych barwach. Uważam, że jeszcze dużo wspaniałych rzeczy jest przede mną. Chociaż już niby swoje lata mam (śmiech), ale tego, co przeżyłem nikt mi nie zabierze i nie żałuję, natomiast ciągle uśmiecham się do przyszłości. Na pewno czekają mnie podróże, ciekawa praca, bo w tej chwili akurat nie pracuję, ale mocno się rozglądam i wiem, że za chwilę na pewno uda się. Jest jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, wiele osób też do poznania, wiele miejsc do odwiedzenia, wiele radości, uśmiechu. Tak podchodzę do życia i wszystkim tego życzę, żeby nie bali się, żeby mieli tą odwagę iść do przodu, żeby codziennie coś robić. Najgorszy jest zastój, marazm. Szukajmy wokół siebie ludzi, którzy są życzliwi i będą dawali nam energię, bo czasami jej nam brakuje albo są takie chwile, kiedy jest potrzebna ta pomocna dłoń.
Właśnie o to chodzi, żeby po prostu żyć. Żyć pełnią życia.
Nikt za nas nie przeżyje naszego życia.
W pełni zgadzam się. Nikt nie zna nas lepiej, niż my siebie sami. W dzisiejszych czasach jest masa filmików w internecie o osobach, które spotkało naprawdę dużo tragedii, a dają sobie radę, więc nie oglądajmy się, korzystajmy z tego, żyjmy tu i teraz. Oczywiście czasami trzeba sobie pozwolić na gorsze chwile, ale nie można mieć o to do siebie wyrzutów. Żeby zrozumieć ból, cierpienie i łatwiej też wstać z tego nastroju, trzeba sobie popłakać. Każdy ma takie gorsze chwile, przecież nawet aktorzy z pierwszych stron gazet mieli depresję, postronni ludzie nie wiedzieli o tym latami, tak doskonale to maskowali. Nigdy nie wiemy, co nas spotka, dlatego ważne jest, jak na to zareagujemy, żeby reagować pozytywnie. Ważne jest, co zrobimy w życiu, gdy rzuca nam pod nogi kłody, bo możemy się załamać, płakać i siedzieć w domu, albo możemy tą kłodę kopnąć dalej, albo przerąbać i iść dalej. Czasami nawet nie ten cel jest najważniejszy, tylko droga, która jest naszym życiem, wyzwaniem, przygodą.
Rozmawiała: Magdalena Milczarek



