
„Jeśli mają otwarte i dobre serca,
to nie ma się czego bać.
Miłość i szacunek do drugiego człowieka-
dużego i małego- one są najważniejsze.”
Z opiekunami zastępczymi, prowadzącymi specjalistyczną rodzinę zastępczą, oraz ich dzieckiem biologicznym, rozmawia Justyna Kaczor- psycholog PCPR.
Justyna Kaczor: Co Państwu przychodzi na myśl, gdy myślicie o swojej rodzinie zastępczej?
Opiekunka Zastępcza 1: Że dobrze zrobiliśmy. Że to była dobra decyzja.
Dziecko Opiekunów Zastępczych: Myślę też, że przychodzi na myśl to, ilu dzieciom pomogliśmy.
JK: No właśnie, ile było tych dzieci?
OZ1: Przez te 20 lat stanowiliśmy rodzinę zastępczą o charakterze pogotowia rodzinnego, rodzinę zastępczą i specjalistyczną rodzinę zastępczą dla łącznie 25 dzieci. I tyle nam chyba wystarczy. Będąc pogotowiem rodzinnym zauważyliśmy, że za bardzo zżywamy się z tymi dziećmi…. Od kilkunastu lat opiekujemy się już praktycznie dorosłą osobą z niepełnosprawnością, to mnie dużo nauczyło, dużo pokazało… Naprawdę mam wielki szacunek dla rodziców wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami. Myślę, że nie byłabym w stanie zrozumieć ich tak dobrze, gdyby nie opieka nad Ulą.
Opiekun Zastępczy 2: To jest praca całej rodziny – nie tylko żony i mnie, ale również naszych biologicznych dzieci.
JK: Jakie historie szczególnie zostały w Państwa sercach?
OZ2: Rodzeństwo, które zostało zgłoszone do adopcji, zostali rozdzieleni…
OZ1: Chłopiec z tego rodzeństwa był bardzo zżyty z mężem. Właściwie całe rodzeństwo go kochało. Była jedna sytuacja, gdy dziewczynka z tego rodzeństwa bardzo przytulała się do męża. Pamiętam wtedy wzrok naszego syna… Dużo było w nim smutku.
OZ2: Ciężko nie przytulić takiego dziecka…
OZ1: Krzysiek (syn biologiczny- przyp.) miał wtedy 7 czy 8 lat. Nie było w nim zazdrości, był smutek… Z perspektywy czasu wiemy, że mąż powinien inaczej postępować, przede wszystkim być czułym ojcem dla naszych dzieci… Albo tulić ich wszystkich razem (uśmiech)
OZ2: Zrozumieliśmy wtedy, że owszem – powinniśmy kochać te dzieci – ale z… dystansem? Rozstania były krzywdą dla nich i dla nas (cisza).
JK: Wyciągaliście wnioski z takich historii…
OZ1: Tak. To była dla nas ciężka lekcja. Nauczyliśmy się, że ta więź między nami a dziećmi bywa bolesna… Dzieci nie powinny pozostawać w pogotowiach rodzinnych dłużej, niż planowe 4 miesiące.
DZ OZ: To błąd systemu. Ustawa mówi o 4 miesiącach, a procedury sądowe dotyczące pozbawienia władzy rodzicielskiej trwają o wiele dłużej. To blokuje możliwość zgłoszenia dzieci do Ośrodka Adopcyjnego. Gdy sytuacja prawna dzieci zostaje unormowana, ich wiek utrudnia znalezienie im rodziny adopcyjnej… W efekcie zostają w pieczy- często przez całe życie, po drodze zmieniając miejsca pobytu nawet kilka razy.
OZ 2: To wszystko jest dużą krzywdą dla tych dzieci.
OZ1: Cały bagaż emocji i doświadczeń zostaje w dziecku, to odbija się na jego psychice, na tym jak w przyszłości będzie budowało relacje.
JK: Opowiedzą Państwo więcej o adopcjach?
OZ1: Był u nas jeden chłopiec, który przeszedł trudną drogę… Gdy miał 11 lat, znaleźli się dla niego kandydaci na rodziców adopcyjnych, z Włoch. On się wystraszył, nie wyraził zgody na adopcję. Później trafił pod opiekę krewnych, wrócił do naszej rodziny… Jego historia zakończyła się w Domu dla Dzieci… Ale są też historie z dobrym zakończeniem – pewnego dnia przyjechali kandydaci na rodzinę adopcyjną – mieli w planach adopcję Uli, ale gdy weszli do naszego domu i zobaczyli chłopca, pokochali go od pierwszego wejrzenia. Oznajmili nam, że to jego chcą adoptować. Nie ukrywam, że nas to bardzo zaskoczyło.
OZ2: Teraz mieszkają w Niemczech. Powiedzieli mu o adopcji gdy skończył 18 lat. Wiemy, że teraz poszukuje informacji o swojej rodzinie biologicznej.
JK: A Jak wyglądały spotkania z kandydatami na rodziców adopcyjnych?
DZ OZ: Odbywały się zwykle w naszym domu. Niektóre rodziny, które przyjeżdżały z daleka, nawet u nas nocowały. W takim „naturalnym” środowisku łatwiej było obserwować ich zachowania, reakcje dzieci, mogliśmy ich lepiej poznać. Zwykle odbywało się kilka takich spotkań zanim można było stwierdzić, że to będzie dobra rodzina dla dziecka.
OZ2: Właściwie wszystkie dzieci dobrze trafiły. Chociaż byli też kandydaci, którym odmówiliśmy.
OZ1: Właśnie dzięki temu luzowi i naturalnym sytuacjom mogliśmy wyłapać sygnały świadczące o tym, że adopcja się nie uda, albo że odbędzie się ze szkodą dla dziecka. Podczas krótkiego spotkania w ośrodku adopcyjnym, w obecności psychologa i innych pracowników, łatwiej byłoby te zachowania ukryć.
OZ2: Pamiętam sytuację, gdy kandydaci przyjechali do nas, żeby zapoznać się z dziewczynką. Jak weszli do naszego domu, podbiegł do nich jeden chłopiec i wtulił się do – jak się okazało, swojego przyszłego taty. Ten mężczyzna, wysoki i postawny, rozpłakał się jak dziecko… Ze względu na jego posturę, większość dzieci się go bała. A ten mały przybiegł i tym sobie kupił ojca.
JK: Wzruszające…
OZ1: Tyle jest tych historii, że moglibyśmy opowiadać godzinami.
JK: Ile, spośród dzieci, które przebywały w Państwa rodzinie, wróciło pod opiekę rodziców biologicznych?
OZ1: Najczęściej, gdy dzieci wracały do rodzin biologicznych, wciąż była to piecza zastępcza: babcie, ciocie… Ze wszystkich, które przebywały w naszej rodzinie, tylko jeden chłopiec wrócił pod opiekę rodziców.
DZ OZ: Z naszego doświadczenia wynika, że rodziny różnie reagują na umieszczenie dzieci w pieczy zastępczej. Gdy krewni dzieci- dziadkowie, wujostwo, rodzeństwo, szybko podejmowali działania, aby te wracały pod opiekę rodziny, wierzyliśmy w to, że tak będzie.
JK: Kto z Państwa jako pierwszy pomyślał o zostaniu rodziną zastępczą?
OZ1: To był mój pomysł. Sama pochodzę z dużej rodziny. Już jako dorosła kobieta współpracowałam z pewnym stowarzyszeniem, gdzie opiekowałam się dziećmi.
JK: Jak mąż zareagował na ten pomysł?
OZ1: To zawsze musi być decyzja dwóch osób. To duże obciążenie psychiczne, obie strony muszą być na to gotowe i się wspierać. W proces podejmowania decyzji powinno się też włączyć biologiczne dzieci, jeśli są w wieku, w którym są w stanie zrozumieć sytuację.
DZ OZ: Ja z siostrą również pomagałyśmy, gdy byłyśmy już starsze i mogłyśmy zostać w domu z dziećmi. Najczęściej gdy rodzice jeździli na wizyty lekarskie, my opiekowałyśmy się pozostałymi dziećmi.
JK: Poza opieką nad dziećmi, gdy rodzice musieli wyjechać, Pani i rodzeństwo pomagaliście
w inny sposób?
DZ OZ: Bawiliśmy się, rysowaliśmy… Byliśmy dla nich jak starsze rodzeństwo.
JK: Z perspektywy rodziców, jak doświadczenie bycia „rodzeństwem zastępczym” wpłynęło na Państwa dzieci?
OZ2: Na pewno nauczyło ich to wrażliwości.
OZ1: Pamiętam taką scenę: przebywała u nas dziewczynka z rozszczepieniem podniebienia. Zawsze siadaliśmy przy stole razem, a nasz syn, wówczas kilkuletni, karmił tę dziewczynkę. To nie było dla niego nic dziwnego, była w nim ogromna potrzeba opiekowania się innymi. Dzieci, które były w naszej rodzinie zastępczej, bardzo naśladowały nasze dzieci biologiczne- jeśli nasze dzieci coś robiły, na przykład pomagały w domu, dzieci z pieczy zastępczej robiły to samo Dzisiaj nasz syn, już dorosły, wciąż pracuje z dziećmi.
JK: Jak to było wychowywać się i dorastać w domu pełnym dzieci?
DZ OZ: Pewnie bywały momenty, gdy było mi z tym trudniej, ale ich nie pamiętam. Zanim zostaliśmy rodziną zastępczą ja z siostrami pomagałyśmy w opiece nad młodszym bratem, i po prostu chyba nigdy z tej roli starszej siostry nie wyszłam (uśmiech). W żaden sposób mnie to nie obciążało- gdy musiałam zamknąć się w pokoju i się pouczyć, czy chciałam wyjść si spotkać się ze znajomymi, nigdy nie musiałam z tego rezygnować. Spędzałam z dziećmi tyle czasu, ile chciałam. Sprawiało mi dużo przyjemności to wspólne kolorowanie, oglądanie bajek i zabawy.
OZ1: Cieszyło mnie, że nasze dzieci miały takie podejście, że żadne nie powiedziało, że ma dość i że się wyprowadza (śmiech).
JK: Aktualnie jesteście Państwo rodziną zastępczą dla – właściwie już dorosłej osoby – z niepełnosprawnością. Jakie są realia pełnienia takiej funkcji?
OZ1: To duże obciążenie. Ula jest w naszej rodzinie odkąd miała 2 lata, teraz ma 19. Mamy trochę problemów, bo Ula bywa agresywna. W opinii psychiatrów i psychologów to głównie zazdrość o naszą córkę, chciałaby mieć nas na wyłączność.
DZ OZ: Obawiam się o bezpieczeństwo mamy…
OZ1: Rodzina próbuje odwoływać się do mojego rozsądku… Ja też mam przekonanie, że trzeba zadziałać, żeby wszyscy byli bezpieczni. Żeby córka mogła bezpiecznie i ze spokojem przyjeżdżać do swojego rodzinnego domu. Serce jednak podpowiada, że przecież podjęliśmy decyzję, żeby się Ulą zająć… Mam obawy co by było, gdyby została na stałe umieszczona w jakimś ośrodku czy domu pomocy… Czy tam dobrze się nią zajmą…? Na pewno będziemy musieli znaleźć jakieś rozwiązanie dla tej sytuacji. Bez względu na wszystko Ula zawsze będzie zapraszana do nas na święta i inne rodzinne uroczystości. Jest członkiem rodziny i nie zrezygnujemy z niej tylko dlatego, że bywa ciężko.
JK: A Pani? Obawia się Pani o swoje bezpieczeństwo?
OZ1: tak. Mam obawy, gdy widzę, że Ula jest pobudzona. Wiem, że to nie jej wina, jest chora, a my podjęliśmy się opieki nad nią. Widzę, że się stara- bywają lepsze i gorsze dni.
OZ2: Osoby chore tak jak Ula nie panują nad swoją siłą. Jeśli uderzają, to z całą mocą. Kiedyś Ula z całą siłą popchnęła naszą córkę, zupełnie bez powodu, nie spodziewaliśmy się tego…
JK: A teraz? Kto jest z Ulą?
OZ1: Moja siostra. Przyznam jednak, że siedzę jak na szpilkach…
JK: Jesteście Państwo rodziną zastępczą od 20 lat… Jak w tym czasie zmieniła się piecza zastępcza i jej postrzeganie w społeczeństwie?
OZ1: Teraz jest zdecydowanie lepiej. Łatwiej.
OZ2: Gdy zaczynaliśmy, to ani społeczeństwo ani instytucje nie wiedziały za wiele o pieczy zastępczej. Wiele razy spotkaliśmy się z opinią, że robimy to dla pieniędzy.
OZ1: Instytucje, na przykład szkoły, nie wiedziały jak reagować, jak nas traktować. To była dla nich nowość. Myślę, że młodsze stażem rodziny mają trochę łatwiej pod tym względem- czy to w urzędach czy u lekarzy. Mogą korzystać z doświadczenia innych rodzin, pracowników.
JK: Pamiętacie jakie mieliście wtedy wyobrażenia na temat rodziny zastępczej?
OZ1: Myśleliśmy, że po prostu mamy się opiekować dziećmi. Okazało się, że to wiele dodatkowych zajęć: kontakty z rodzinami biologicznymi, stawianie się na rozprawach sądowych… Mieliśmy dużo „papierkowej” roboty… Teraz jest o wiele więcej koordynatorów (koordynatorów rodzinnej pieczy zastępczej-przyp.), jest z nimi lepszy kontakt, można liczyć na większą pomoc.
OZ2: Widzimy jak dobrze układa się współpraca między PCPR a rodzinami, to ogromne wsparcie. Jest też więcej psychologów, więc zawsze można liczyć na pomoc.
OZ1: Miło mi się patrzy na te młodsze rodziny, że się tak wspierają. Jest dużo szkoleń, warsztatów, możliwości do spotkania się, poznania.
JK: Co chcieliby Państwo powiedzieć tym rodzinom? Oraz tym, którzy może się zastanawiają?
OZ1: Gratuluję i podziwiam. Życzę im powodzenia i wytrwałości. A tym, którzy się wahają… niech się wahają. To poważna decyzja, musi być przemyślana i za zgodą całej rodziny.
OZ2: To ważne, żeby to nie był impuls.
OZ2: Jeśli mają otwarte i dobre serca, to nie ma się czego bać. Miłość i szacunek do drugiego człowieka- dużego i małego- one są najważniejsze.
