„Na początku zakładałam, że jeśli zrobię wszystko tak jak trzeba to „naprawię” te dzieci. Z biegiem czasu zrozumiałam, ze pewnych zaniedbań nie jestem w stanie nadrobić. (…)

Pogodziłam się z tym, że nie wszystko mogę naprawić i to przyniosło ulgę i spokój w moich relacjach z dziećmi…”

 z Opiekunką zastępczą prowadzącą Rodzinny Dom Dziecka rozmawia Iza Wręga.

 

[w rodzinie od grudnia 2004 r. znalazło schronienie i opiekę 26 dzieci; z w/w  do adopcji trafiło: 11, do innych form opieki zastępczej: 3, do rodziny pochodzenia powróciło: 2; usamodzielniło się: 1; aktualnie w rodzinie  przebywa dziewięcioro dzieci w przedziale wiekowym 3-9 lat]

 

Jak jechałam do Pani to zastanawiałam się ile litrów zupy musi ugotować na obiad mama zastępcza dziewięciorga dzieci?

11 litrów. Niektórzy w takich garnkach  pasteryzują słoiki z przetworami… (śmiech)

 

A ile razy dziennie wstawia Pani pralkę?

Rzadko kiedy nie wstawiam… Myślę, że przeważnie 2 razy na dzień. Ale ułatwiłam sobie życie kupując suszarkę. Wyjmuję z niej suche pranie, składam i do szafy.

 

Czyli gotowanie i pranie to nie będą te największe wyzwania dla osoby prowadzącej Rodzinny dom dziecka…?

Oczywiście. Pracy jest dużo, ale o wiele trudniejsza jest strona emocjonalna  naszej roli. Garnek zupy można od czasu do czasu zastąpić kupieniem pizzy. Ale emocji nie da się tak wymienić…

 

Pamięta Pani dzień 19.12.2004 r?

Tak, pamiętam. Zaczęła się wtedy nasza przygoda z rodzicielstwem zastępczym. Trafiły do nas pierwsze dzieci. 19 grudnia pojechaliśmy po nie: piątka starszych była w pogotowiu opiekuńczym w Olsztynie a najmłodsze w domu małego dziecka w Olsztynku. Cieszyliśmy się, że będą mogły spędzić u nas święta.

 

Jak Pani wspomina pierwsze dni z dziećmi?

Była wielka radość i był strach…  Do opieki nad dziećmi podeszliśmy z ogromnym zaangażowaniem. Chcieliśmy jak najlepiej wykonać swoje obowiązki. Wtedy dawaliśmy z siebie 200% normy… Efekt był taki, że każdego dnia o 20, po położeniu dzieci spać kładliśmy się do łóżek i ze zmęczenia nawet nie rozmawialiśmy… przestawaliśmy żyć… pozostawała tylko funkcja oddychania… (śmiech) Dzisiaj inaczej rozkładamy siły…

 

 Jak wygląda taki okres adaptacji dzieci  w Waszej rodzinie?

W okresie adaptacji dzieci podobnie jak my są trochę przestraszone. W związku z tym pozornie przyjmują proponowane przez nas  zasady/reguły. W miarę upływu czasu zaczynają rozkręcać się, pokazują swoje prawdziwe „ja”, swoje ograniczenia, trudności, prawdziwe uczucia. Można powiedzieć, że stają się bardziej spontaniczne, naturalne. Dlatego w początkowym okresie pobytu dziecka w naszej rodzinie dajemy sobie czas na poznawanie się i obserwowanie. Można powiedzieć, że traktujemy dzieci ulgowo. Nie wprowadzamy od razu wszystkich zasad i nie wymagamy przestrzegania ich. Przede wszystkim stwarzamy warunki w których dziecko może poczuć się dobrze, bezpiecznie i to jest najważniejsze w pierwszych tygodniach pobytu dzieci. Jednocześnie ważne jest też by rodzina zachowywała się autentycznie, tak jak na co dzień. Wtedy dziecko zaczyna uczyć się pewnych nawyków przez obserwację innych członków rodziny. Na przykład początkowo nie staram się nakłaniać dzieci do sprzątania zabawek, ale robię to razem z innymi dziećmi. Wtedy „nowe” dziecko ma możliwość uczenia się jak to wygląda w naszej rodzinie.

 

Ile może trwać taki okres „ulgowego” traktowania dziecka?

To zależy od dziecka. Od jego stanu zdrowia, trudności w funkcjonowaniu  społecznym, emocjonalnym. Każde dziecko traktuje się indywidualnie. Zazwyczaj taki okres poznawania się i obserwowania trwa do dwóch miesięcy. Są też dzieci, które od początku domagają się wyznaczania granic, chętnie uczą się nowych obowiązków i korzystnych nawyków.

 

Ciekawi mnie jak wygląda nawiązywanie  kontaktu z nowoprzybyłymi dziećmi.

Tutaj też wiele zależy od cech indywidualnych dziecka. Są dzieci „lepkie emocjonalnie” i one od razu dążą do kontaktu dotykowego, wręcz rzucają się na nas. A są takie dzieci, które długo zachowują dystans. W ostatnim czasie trafiła do nas dziewczynka, która nie chciała przytulać się, usiąść na kolana, ale z zaciekawieniem obserwowała jak przytulam się z innymi dziećmi. W miarę upływu czasu zbliżała się do mnie coraz bardziej, ale jak robiłam gest zachęcający do przytulenia – wycofywała się. Taki rytuał zbliżania i oddalania się trwał u niej dwa tygodnie. Teraz bez problemu siada mi na kolanach i domaga się pieszczot. Bardziej niepokoi mnie u nowego dziecka  taka nieskrępowana chęć do kontaktu ze mną niż dystans emocjonalny i unikanie kontaktu dotykowego.

 

Czy są jakieś zachowania charakterystyczne dla dzieci w okresie adaptacji?

U wielu dzieci występuje nadmierny apetyt i tendencja do przejadania się. Myślę, że może to dotyczyć nawet 90% dzieci, które miałam i mam pod opieką.  Prawdopodobnie wynika to z faktu, że w domu rodzinnym dzieci jadły wtedy,  kiedy było coś do jedzenia, a nie,  gdy czuły głód. Bardzo ważna jest odpowiednia reakcja opiekuna jak zauważy taką tendencję u dziecka. Kiedyś była u mnie dziewczynka, która z powodu objadania się miała takie zaparcia, że prawie skończyło się na wizycie w szpitalu.

 

Jak sobie Pani radzi z tą tendencją u dzieci do przejadania się?

Przede wszystkim wprowadzam pewien rytm w podawaniu posiłków. Kiedy dziecko pół godziny po sytym śniadaniu prosi o jedzenie, tłumaczę łagodnie i spokojnie słowami, adekwatnymi do wieku dziecka jakie są konsekwencje jedzenia nadmiernej ilości pokarmu. Poza tym staram się by dieta dzieci była różnorodna, by mogły zaspokoić swoją potrzebę próbowania różnych smaków. Dzieci często są zadziwione jak różnorodne potrawy można spożywać w ramach posiłków.

 

Pamięta Pani jeszcze jakieś inne zachowania dzieci, które zaskakiwały Panią?

Niektóre dzieci miały  tendencję do „chomikowania” jedzenia. Pomimo właściwej diety i dostępu do pożywienia chowały jedzenie do swoich biurek, pod poduszkę. Pamiętam, że jedni z moich podopiecznych po kryjomu wybierali nawet witaminy w tabletkach. Wtedy w trosce o ich bezpieczeństwo kuchnia po 22 była zamykana bo bałam się, że mogą sięgnąć po inne, niebezpieczne dla nich leki.

(zastanowienie) Myślę, że pomimo rozwoju cywilizacji i powszechnego dostępu do wielu udogodnień, do opieki zastępczej trafiają dzieci coraz bardziej zaniedbane fizycznie, zdrowotnie. Kiedyś trafiły do mnie ośmio, dziewięciolatki, które pierwszy raz dostały szczoteczkę do zębów do rąk… Nie umiały z niej korzystać… Niektóre dzieci reagowały śmiechem, gdy ciepła woda leciała z kranu… Były dzieci, które nie miały w domu łazienki. Mówiły że w lato kąpały się w rzece, a w zimę raz na miesiąc woda była podgrzewana,  by mogły się wykąpać. To są dzieci, które w tej chwili są u mnie… Rok temu trafiły do mnie dzieci, które śmiały się zadziwione jak im podałam kapcie. Zastanawiały się do czego to służy… Inne zastanawiały się po co po całym dniu myć się i przebierać w piżamę skoro jutro rano z powrotem będzie musiało zakładać ubranie… „przecież to bez sensu” – usłyszałam od nich. Co dziecko to może czymś zaskoczyć…

Kiedyś pojechałam z nowoprzyjętymi dziećmi do fryzjera, na zakupy i na myjnię samochodową. W markecie okazało się, że dzieci są pierwszy raz w takim dużym sklepie. Przy kasie zobaczyły taśmę, która przesuwała wyłożone produkty. Wówczas wpadły w taki śmiech, że wzbudziły tym zainteresowanie stojących naokoło klientów. Najpierw z zażenowaniem próbowałam uspokoić ich, a później sama zaczęłam się śmiać. ( śmiech) Jak taśma ruszyła z zakupami to one się pokładały ze śmiechu. To były dzieci w wieku 8-9 lat. W drodze powrotnej powiedziały, ze to był najpiękniejszy dzień w ich życiu… Wtedy zastanawiałam się w jakim świecie one żyły, skoro takie rutynowe, proste czynności sprawiają im tyle frajdy…

 

Jak się nawiązuje więź emocjonalną z dzieckiem, które doświadczyło wielu zaniedbań, traum w domu rodzinnym?

Dzieci przede wszystkim muszą poczuć się bezpieczne. A bezpieczne poczują się jak opiekun i ich życie będzie przewidywalne. Wiele dzieci wówczas zaczyna dostrzegać różnicę pomiędzy życiem w domu pochodzenia, a tym oferowanym przez nas i zaczynają doceniać to co mają. Akceptują to. Wchodzą w to co im oferujemy: w normy, zasady, obowiązki,  bo dostrzegają jakie korzyści mają z takiego ustabilizowanego sposobu życia.

Była kiedyś u mnie taka dziewczynka – Marta*, która regularnie jeździła na wizyty do ojca. Podczas jednego z tych urlopowań ojciec zadzwonił do mnie przejęty, że dziecko chyba ma temperaturę. Nie mógł zmierzyć gorączki bo nie miał termometru… Powiedział, że dzwoni bo „Marta kazała mu zadzwonić do cioci”… Ja oczywiście pojechałam po nią do ojca.  Na miejscu rzeczywiście okazało się, ze dziecko jest rozpalone, źle się czuje. Ona wymusiła na ojcu telefon do mnie, bo wiedziała, że ode mnie otrzyma pomoc. Wiedziała, że ja wyjmę odpowiednie leki z szafki i ulżę jej w cierpieniu. Wiedziała, że u mnie ma na kogo liczyć, ma wsparcie… Jak odjeżdżałyśmy nie pożegnała się z ojcem pomimo moich próśb… W moim odczuciu była na niego wściekła za to, że nie udzielił jej pomocy, że nie mogła się czuć przy nim bezpieczna.

 

Wiem, że z szóstki dzieci, które trafiły do Pani jako pierwsze trójka po jakimś czasie zadecydowała o odejściu do domu dziecka. Jak myśli Pani dlaczego tak się stało? Czy to właśnie przykład nie nawiązania więzi emocjonalnych pomiędzy opiekunami zastępczymi a dziećmi?

Z tej szóstki o której Pani mówi dwójka trafiła po jakimś czasie do adopcji, a najstarsze zostało u nas do pełnoletności. Natomiast trójka rzeczywiście,  po kilku latach pobytu u nas zadecydowała, że w domu dziecka będzie im lepiej.

(zastanowienie) To było specyficzne rodzeństwo… Najstarsza dziewczynka często buntowała młodszych przeciwko nam… podważała normy i zasady, które wprowadzaliśmy, a że była najstarszą siostrą to jednak oczy młodszych były na nią zwrócone… (zastanowienie) Odejście od nas tej trójki składam na kark zaburzeń emocjonalnych i społecznych tych dzieci. Dwójka z nich była leczona psychiatrycznie… Jedna z tych dziewczynek, dziś już pełnoletnia, przebywa w domu pomocy społecznej.

 

Czy decyzję tych dzieci o odejściu do domu dziecka traktuje Pani jako porażkę?

(zastanowienie) Pewnie jest to moja porażka. Jednak dziś z perspektywy czasu uważam, ze nie powinnam zostać sama z tak trudnymi dziećmi. Te dzieci od początku powinny być poddane długiej, systematycznej terapii psychologicznej. Jednak dostęp w naszym regionie do takich usług jest bardzo ograniczony.

 

Gdyby Pani dzisiaj dostała takie dzieci to co by Pani zrobiła inaczej żeby zapobiec ich dobrowolnemu odejściu do Placówki opiekuńczo – wychowawczej?

Dużo bym zrobiła inaczej. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, ze nie oczekuję od tych dzieci tak wiele jak oczekiwałam w początkowym okresie pełnienia tej roli. Na początku zakładałam, że jeśli zrobię wszystko tak jak trzeba to „naprawię” te dzieci. Z biegiem czasu zrozumiałam, ze pewnych zaniedbań nie jestem w stanie nadrobić. Nauczyłam się „odpuszczać” sobie i tym dzieciom… Pogodziłam się z tym, że nie wszystko mogę naprawić i to przyniosło ulgę i spokój w moich relacjach z dziećmi… Z wrony nie zrobię orła, żebym nie wiem jak starała się…

 

W naszym społeczeństwie funkcjonują różne stereotypy, opinie i mity na temat rodzin zastępczych. Chciałabym zaprosić Panią do przyjrzenia się im.  Niektórzy twierdzą, że rodziny zastępcze „wzbogacają się na dzieciach”. Jak by to Pani skomentowała?

Takie komentarze kwituję krótko: „też możesz założyć rodzinę zastępczą i wzbogacić się…”… (uśmiech)

Ktoś kto zakłada rodzinę zastępczą jedynie z pobudek finansowych, według mnie „pociągnie” może z pół roku… Nie da się tego robić tylko dla pieniędzy. Wkład pracy jest niewspółmierny do wynagrodzenia… W tym momencie mam pod opieką dziewiątkę dzieci i dostaję wynagrodzenie za pracę w wysokości 2 001,40 zł netto… Za pracę 24h na dobę, również w weekendy i święta… Biznesu się na tym nie zrobi… (śmiech)

 

Być może niektórzy mają na myśli sumy otrzymywane z budżetu Państwa na wychowanie dzieci tzn. 500+ i pomoc z PCPR na utrzymanie dziecka… Jak zaczynają to mnożyć przez liczbę dzieci w rodzinie to wychodzi im spora suma…

Pieniądze z budżetu państwa „na dzieci” to są pieniądze na dzieci. Nie dla mnie.  Dzięki nim dzieci mają zaspokojone wszystkie niezbędne potrzeby. Są ubierane w nowe rzeczy, jedzą różnorodne, dobre posiłki. Nie muszę im kupować butów za 50 zł, mogę kupić za  150… Nie muszę im tłumaczyć:  „tego to ci nie kupię bo jest za drogie”.

 

Inną opinią z jaką zetknęłam się, jest taka, że w tak dużej gromadzie można dzieci co najwyżej „chować”, a nie wychowywać…

Być może trochę w tym prawdy jest… Nie da się poświęcić każdemu dziecku tyle czasu ile ono potrzebuje… Ja na to jednak patrzę trochę tak jak na terapię grupową… Dzieci w takiej gromadzie obserwują się nawzajem,  uczą się dzielić i czekać na swoją kolej, myśleć o innych, pomagać słabszemu i młodszemu, mają możliwość naśladowania tych dobrych i korzystnych zachowań. Ponadto doceniają małe rzeczy, np. jak wyjeżdżam gdzieś do miasta zawsze zabieram któreś z dzieci. Nie wszystkie, bo nawet nie mamy tak dużego samochodu…  Jest to formą wyróżnienia i nagrody. Gdyby każde, zawsze mogło jechać na pewno by im to spowszedniało i nie robiło na nich wrażenia…

 

Domyślam się, że w tak dużej rodzinie wiele opiera się na ustalonym rytmie, grafikach i pewnego rodzaju logistyce rodzinnej. Czy w tak zaplanowanej czasoprzestrzeni jest miejsce na indywidualne podejście do dziecka, na uwzględnienie dziecięcych preferencji, talentów, ograniczeń?

(zastanowienie) Jak wstajemy rano i szykuję śniadanie to nie pytam każdego: „co byś zjadł?”, tylko mówię: „dziś na śniadanie jajecznica”. I tu nie ma miejsca na indywidualne preferencje dzieci. Natomiast każde może zjeść tyle ile potrzebuje i chce. Później może wybrać rodzaj zabawy albo kolor sukienki w jaką się ubierze…

(po zastanowieniu) Myślę, ze dla tych dzieci bardziej od indywidualnego podejścia ważny jest rytm i zasady czyli przewidywalność i bezpieczeństwo. One naprawdę bardzo dobrze w to wchodzą i nie czują się pokrzywdzone…

 

Nasuwa mi się jeszcze jedna opinia, którą często słyszę z ust kandydatów na rodziców zastępczych: „proszę Pani, ja swoje dzieci wychowałam dobrze,  to i te wychowam…”.  Czy rodzicielstwo zastępcze jest podobne do rodzicielstwa biologicznego?

Uważam, że zupełnie nie jest podobne. I nie chodzi tu tylko o samą opiekę nad dzieckiem, ale też o relację jaka jest pomiędzy mną, a dzieckiem. Zacznijmy od tego, że własne dziecko mamy od początku, od momentu narodzin i w naturalny sposób nawiązujemy z nim więź. Uczymy się siebie nawzajem, poznajemy się i „docieramy”. To wszystko jest rozciągnięte w czasie i nie wymaga pośpiechu. W przypadku opieki zastępczej jest niejako tak, że dziecko nagle wpada do mojego życia, a ja do jego. W bardzo krótkim czasie musimy się poznać, ułożyć stosunki, zaakceptować się, a najlepiej polubić. To wszystko pod presją czasu, no bo trzeba jakoś żyć razem pod jednym dachem… To poznawanie się i docieranie to są czasami bardzo trudne momenty…

(zastanowienie) To chyba jest tak, że z własnym dzieckiem utożsamiamy się, wybaczamy mu różne słabości i niedociągnięcia. To jest takie naturalne… W przypadku dzieci w opiece zastępczej trzeba się tego za każdym razem uczyć…

Jeśli chodzi o różnice w opiece nad własnym dzieckiem i tym w opiece zastępczej, to są one  związane z zakresem zaniedbań. Jeśli u swojego dziecka podejrzewamy próchnicę to zazwyczaj szybka reakcja i jedna wizyta u stomatologa załatwia sprawę. Jak dostajemy dziecko do rodziny zastępczej, któremu próchnica pozostawiła jedynie kikuty zębów to wizyty u stomatologa są długie i częste… To zaś przekłada się na naszą relację z dzieckiem: sama nie wiem czy chciałabym być w „łapach” kogoś kto co chwila wozi mnie do lekarza, skoro wcześniej nie musiałam chodzić…

(po zastanowieniu) Dziecko w rodzinie zastępczej to jest trochę taka „Kinder niespodzianka” – nigdy nie wiesz co jest w środku…

 

Co jeszcze różni rodzicielstwo zastępcze od biologicznego?

(po zastanowieniu) Czy dzieci w rodzinie zastępczej kocha się tak samo jak własne?

Nie wszystkie kocha się tak samo. Są dzieci, które można pokochać  jak własne, a są takie, którymi się po prostu opiekujemy. I w tym drugim przypadku możemy mówić o współczuciu, empatii, sympatii, ale nie o miłości… Z każdym dzieckiem nawiązujemy jakąś więź emocjonalną, ale nie każda  więź jest miłością…

 

Z czego to wynika?

Z chemii… Dlaczego na męża wybieram Kazika, a nie Zygmunta…?  (śmiech)

(po zastanowieniu) Tak mi się wydaje. Na pewno nie ma znaczenia płeć, wiek, wygląd, stan zdrowia dziecka. Po prostu coś jest, albo tego nie ma…

(po zastanowieniu) Zresztą czy się kocha czy nie kocha każde dziecko trzeba umyć, dać jeść i zadbać o nie… Możemy mieć rożne uczucia do dzieci i to jest normalne, jednak chodzi o to by każdym dzieckiem zająć się jak najlepiej i dać mu to czego potrzebuje, niezależnie od naszego nastawienia…

 

Pokochała Pani kiedyś dziecko, które trafiło pod Pani opiekę?

Pokochałam. (po zastanowieniu) Jak odchodziło do rodziny adopcyjnej to był ból nie do wytrzymania… Wtedy myślałam o rzuceniu tego wszystkiego. Przeżywałam ten brak dziecka jak śmierć kogoś bliskiego. Dwa lata etapami, niemalże „książkowo”,  przechodziłam żałobę. Myślę, że to są najtrudniejsze momenty  w roli rodzica zastępczego…

 

Pozostańmy przy temacie adopcji. Jedenaścioro dzieci spośród tych, które były pod Pani opieką trafiło do adopcji. Czy jest jakiś sposób na przygotowanie dziecka do umieszczenia w rodzinie adopcyjnej?

Przede wszystkim książki dostosowane do wieku dzieci, przybliżające  temat adopcji. Tłumaczą w przystępny, obrazowy sposób czym jest rodzina adopcyjna, jak długo dziecko tam będzie, jakie zmiany je czekają itd. Ponadto bardzo pomocna jest sytuacja, kiedy do jednego z dzieci bądź rodzeństwa przyjeżdżają kandydaci na rodziców adopcyjnych. Wtedy pozostałe dzieci przyglądają się, obserwują zachowanie przyjeżdżających i siłą rzeczy oswajają tą sytuację. Poza tym dużo rozmawiamy z dziećmi. Tłumaczymy im, że są wspaniałe i zasługują, żeby mieć mamę i tatę tylko dla siebie. Na zawsze.

W przeszłości musiałam przygotować do wizyty rodziców adopcyjnych dwójkę dzieci, które były u mnie 6 lat. Byliśmy bardzo związani. One cały czas myślały, że zostaną u mnie do końca życia… Tłumaczyłam im, oni płakali, ja płakałam… To było bardzo ciężkie przeżycie. Ale w tym wszystkim nie o nas chodzi. My jesteśmy dorośli i poradzimy sobie.

 

Jak to zrobić, żeby ułatwić dziecku odejście z Pani rodziny? Co może zrobić jeszcze rodzic zastępczy, żeby dziecko jak najmniej odczuło zerwanie więzi?

Przede wszystkim nie ryczeć jak odchodzi… (śmiech).

(po zastanowieniu) To są bardzo złożone sytuacje. Proszę wyobrazić  sobie sytuację, że pokochała Pani dziecko, a ono Panią…  Niestety prawo jest takie, że każde dziecko z uregulowaną sytuacją prawną trzeba zgłosić do adopcji. I ja to rozumiem, bo wyższość opieki adopcyjnej nad zastępczą jest taka, że ta pierwsza jest na całe życie. A więc dziecko jest zgłoszone, pojawiają się kandydaci na rodziców adopcyjnych. Trzeba umawiać spotkania, w sądzie pospieszać o wydanie stosownych dokumentów,  a w środku człowiek najchętniej nie oddałby tego dziecka. To jest trochę takie działanie wbrew sobie… Cała sztuka polega na tym, by dziecko nie odczuło tych emocji dorosłych… Wtedy będzie mu łatwiej odejść… Poza tym na pewno ważne jest żeby nie krytykować kandydatów na rodziców adopcyjnych, mówić o nich dobrze i pozytywnie nastawiać dziecko na tą przyszłość. Dzieci często mówią: „ja chcę zostać tutaj bo ty jesteś najlepsza ciociu, ciebie kocham”. Wtedy staram się im uświadamiać, że jest więcej takich dobrych ludzi na świecie i na pewno jednymi z nich są przyszli rodzice dziecka. Zresztą zawsze gorąco wierzę, że tak jest…

 

Pada pytanie ze strony dzieci: „ciociu, czy będziemy mogli odwiedzać cię?”.

Bardzo często pada to pytanie. Wtedy odpowiadam, że to zależy od ich nowych rodziców. Czasami jest tak, że rodzice adopcyjni deklarują chęć  spotkań, a  potem ucinają kontakt. Kiedyś rodzice adopcyjni po ostatniej sprawie w sądzie powiedzieli mi: „czas odciąć tą pępowinę”, pomimo wcześniejszych zapewnień o chęci kontaktu… Tłumaczyłam im, że to nie tyle chodzi o mnie, ile o te dzieci… Czy one tego zerwania kontaktu nie zrozumieją jako odrzucenia? Jak zinterpretują fakt, że ciocia nie dzwoni? Jak  rodzice adopcyjni wytłumaczą im to, że ciocia nie dzwoni… ?

(po zastanowieniu) Tym bardziej, że przy nich była deklaracja od rodziców adopcyjnych: „kiedy tylko będziecie chcieli przyjedziemy do cioci”…  

(po zastanowieniu) No, ale to już jest poza naszym zasięgiem, nie my o tym decydujemy…

 

Czyli uważa Pani, że dla dobra dzieci, powinno się umożliwić im kontakt z rodziną zastępczą w której przebywały?

Zdecydowanie. Może to być sporadyczny kontakt, ale powinien być jeśli dziecko tego potrzebuje. To nie tylko kwestia zerwanej więzi, ale również niejako odcięcie dziecka od jego korzeni… Dzieci często nie pamiętają rodziny biologicznej i my jesteśmy ich „korzeniami”, częścią ich tożsamości… Tracąc nas, tracą część siebie…

 

Czy musiała Pani z czegoś zrezygnować pełniąc funkcję rodziny zastępczej?

Na początku myślałam, że nie, ale traci się wiele. Przede wszystkim kontakt ze znajomymi, a nawet dalszą rodziną… Na święta nikt nie przyjedzie bo każdy chce odpocząć, a tu jest jednak gromadka dzieci… My też nigdzie nie pojedziemy bo kto chce gościć dajmy na to 11 osobową rodzinę…? (śmiech)

 

Jakie prawa i przywileje ma osoba, która założyła Rodzinny Dom Dziecka?

Pomoc finansowa, a więc wynagrodzenie za pracę dla opiekuna zastępczego i kwoty na pokrycie kosztów utrzymania dziecka wynikają z Ustawy. Myślę, że bardzo dobrą robotę robią koordynatorzy rodzinnej pieczy zastępczej. Jak jest dobry koordynator to naprawdę stanowi wsparcie. Pomaga w załatwieniu wielu spraw urzędowych, tworzy pisma, telefonuje, przyspiesza sprawy, monitoruje. Jako osoba prowadząca RDD mam prawo do urlopu wypoczynkowego. Biorę go raz w roku na  dwa tygodnie. Wówczas dzieci przekazywane są na czas urlopu do rodziny pomocowej. Ale to też zawsze dostosowuję do dzieci, które są aktualnie u mnie. Jak mam pod opieką kilkumiesięczne dziecko to mam poważne wątpliwości czy oddawać je na jakiś czas do innej rodziny… Jednak urlopy powinno się brać bo jest to bardzo korzystne dla naszego zdrowia psychicznego. Takie odcięcie na jakiś czas  daje równowagę.

(po zastanowieniu) Możemy też skorzystać z zatrudnienia „osoby do pomocy”, którą sami wybieramy. Taka osoba pracuje w naszej rodzinie 160 h w miesiącu. Pomaga w bieżących czynnościach związanych z opieką nad dziećmi, ale również może ugotować, posprzątać, wyprać, poprasować. To jest ogromna pomoc. Myślę, że dla mnie byłaby niewykonalna ta opieka nad dziewiątką dzieci, gdyby nie zatrudniona u nas osoba.

 

Czy są jeszcze jakieś formy pomocy finansowej z których może skorzystać osoba prowadząca RDD?

Jest coś takiego jak „zwrot kosztów utrzymania lokalu”. W ustawie wymienione są te rachunki o których zwrot może się ubiegać osoba prowadząca RDD. W moim przypadku jest to kwota ok. 3 000 zł rocznie. Jest to jakaś forma wsparcia na pewno. Poza tym każda rodzina może wnioskować o pieniądze na zakup „wyprawki”, kiedy przyjmuje nowe dziecko. Dzięki temu można kupić łóżko, ubrania czy inne artykuły, których brakuje na początku, a które są niezbędne. W przypadku remontu mieszkania można wnioskować o pomoc finansową. Jest też możliwość pokrycia innych kosztów związanych z przypadkami losowymi, np. zalanie mieszkania. Można skorzystać z dofinansowania zorganizowanego wypoczynku dla dzieci (obozy, kolonie). To jest kwota do 300 zł na dziecko  raz w roku.

 

Co mogłaby Pani powiedzieć osobom/małżeństwom  rozważającym decyzję o założeniu rodziny zastępczej/rodzinnego domu dziecka?

Jeżeli ktoś ma wystarczająco dużo odwagi i determinacji to warto to robić. Życie po tej decyzji jest zupełnie inne i trzeba być na to przygotowanym… Nagrodą są te chwile, kiedy widzi się szczęście dziecka… Tego się nie zapomina… To jest bezcenne…

 

Dziękuję za rozmowę.